6 grudzień 2013 - Protesty w Kijowie

Nie będę specjalnie poprawny politycznie, szczególnie po ostatnich wypowiedziach naszego rządu  jak i też opozycji. Niemniej osobiście mam raczej mieszane uczucia co do istoty protestów na Ukrainie. Staram się również nie ponosić euforii pro unijnej, którą tak nagminie wtłaczają nam w głowy polskie  i zachodnie media.

Na ile znam Ukrainę, a mieszkam w Kijowie lat kilka, zawsze byłem sceptycznie nastawiony co do szczerości „politycznych” inicjatyw społecznych.  Tajemnicą poliszynela jest bowiem kupowanie głosów wyborczych czy też zamawianie protestujących w „ jedynej i słusznej sprawie”. Te piramidy  ludzkie – diesiatniki, sotniki itd, , o których pisze na swym blogu Katarzyna Kwiatkowska, naprawdę tutaj istnieją. I prawdą jest, że z ich pomocy korzystała zarówno opozycja jak i partia rządząca.  Jak jest teraz? Na pewno korzystają z nich regionalni, niemniej czy wsród zwolenników podpisania umowy są tylko światli ideowcy? Śmiem wątpić. Może poznałem niewłaściwe osoby, niemniej duża część z nich (studentów) ma strasznie małą świadomość czego tak naprawdę dotyczyło porozumienie w Wilnie oraz tego  jak mógłby wyglądać później sam proces zbliżenia z UE. Wielu było zdziwionych, że Polska po podpisaniu takiego porozumienia musiała czekać lat kilkanaście na wejście do Unii. Wiele osób zaś w ogóle nie myślało o niczym, tylko szła na mityng bo szli tam inni. A zdecydowana większość protestowała, bo najzwyczajniej w świecie źle im się żyje i mają dość skorumpowanej i dwulicowej władzy.

Tak więc, trzeba uściślić jedną rzecz – kwestia podpisania DCFTA w Wilnie była głowną, ale nie jedyną  przyczyną wyjścia ludzi na ulicę. Nie wszyscy bowiem  z protestujących są, tylko i wyłącznie, za  UE.

Tak naprawdę, pierwsze protesty  były rozpoczęte przez opozycję, która szukała nowych, nośnych haseł  pomagających zagarnąc kawałek tortu dla siebie. W wielu miejscach w Kijowie, można znaleźć naklejki z hasłami  nawołującymi  do zebrania się na majdanie 28 listopada. Jakoś nie wygląda to na rewolucję i spontaniczny zryw młodzieży i studenckiej braci.

Słusznie zauważył również jeden z polityków regionów - skąd ta nagła i sprawnie przeprowadzona mobilizacja, ogromna liczba flag unijnych, miasteczko namiotowe? To raczej nie przypadek, tylko celowe przygotowywanie się do demonstracji.

Tak też i to wyglądało. Opozycja na plecach studentów i dzięki nośności haseł o eurointegracji chciała porwać tłumy i zaprotestować przeciwko władzy. Stąd też te krzyki młodzieży o rewolucji.

Nie ma co się jednak oburzać, gdyż nic dziwnego w takich działaniach nie ma.  Są to normalne akcje polityków opozycyjnych, którzy pragną zdobyć władzę i odsunąć ekipę rządzącą od władzy posiadanej. Daje to, szczególnie na Ukrainie,  wymierne korzyści finansowe.  Tak jest wszędzie, w Polsce tego przykładem jest zawłaszczenie przez opozycję Marszu Niepodległośći w Warszawie.

I o ile do tego momentu, nie była to w pełni oddolna inicjatywa społeczne, tak wydarzenia na przełomie piątku i soboty zmieniły wiele.

W tym bowiem momencie, układ rządzący strzelił sobie w obie stopy. Używając siły do rozgonienia, pobicia i upokorzenia nocujących na placu, ludzi dopuścił się ogromnej pomyłki. Nie miało to nic wspolnego z oczyszczeniem placu, a celem było zwykłe pobicie i zastraszenie wszystkich protestujących.  Stąd pogoń za uciekającymi aż do bram cerkwi. Polityka siły w pełnym wymiarze, tak doskonale tutaj znana.

A czemu był to strzał w stopę? Bo te protesty, z biegiem czasu w sposób naturalny by wygasły. Może nie w sobotę czy w niedzielę. Podejrzewam jednak, że do kolejnego weekendu, na placach pozostałyby niedobitki. Sukcesywnie „motywowane” przez opozycję. Oczywiście, mogę się mylić i teraz jest to jedynie gdybanie.

Akcja bierkuta, była jak dolanie wielkiej ilości oliwy do ognia. Głupia i nieprzemyślana. Te działania były kolejnym katalizatorem, który wyzwolił prawdziwy, bo spontaniczny, zryw ludzi.  Tym razem, władza najzwyczajniej w świecie przegieła pałę.

A to znowu było na rękę opozycji, która nieoczekiwany prezent zaczęła wykorzystać.

A że wg mnie, nie zależy im już zbytnio na wypuszczeniu Tymoszenko, szybko znaleźli coś,  co pozwoli im porwać tłum.

Wyjście Tymoszenko na wolność jest im nie na rękę, z prostego powodu. Pojawi się u nich silny kandydat, podczas wyborów prezydenckich 2015 roku. Kandydat, który mając mnóstwo „za uszami” nadal jest dla wielu symbolem demokracji na Ukrainie.

Jakby to śmiesznie nie brzmiało.

Od tego dnia, wiele osób wyszło na plac by zademonstrować swoje niezadowolenie. Zaprotestować przeciwko władzy, pobiciom młodzieży i dziennikarzy, przeciw korupcji, która przeżera państwo od środka, przeciw wysokim cenom i wielu innym rzeczom. 

Tym razem o ocenę co wydarzy się dalej nie jest już tak łatwo. Chociaż wszyscy analitycy łamią sobie nad tym głowę. Cięzko jednak coś takiego przewidzieć, gdyż rewolucje/protesty najczęściej nie przebiegają w sposób „liniowy”. Często w trakcie ich trwania, są ogniska zapalne, które kompletnie zmieniają ich bieg.  W przypadku Ukrainy, są to różne działania i  zagrania „poniżej pasa”.

Oglądając ukraińskie nowości, bardzo często wspomina się o prowokatorach. Wynajętych młodzieńcach - „Tituszkach”  (Od nazwiska jednego z pridurków), którzy eskalują konflikt doprowadzając do starć obu stron.  W dobie wszechobecnego big brothera, jest to nawet możliwe do udowodnienia. Tj, na zapisach filmowych widać tych samych młodzieńców, którzy raz stoją po stronie atakującej opozycji i podżegają do rewolucji, by za chwilę znaleźć się za plecami bierkutowców w celu omawiania dalszej strategii. Niestety, takiego typu prowokacje, również tutaj się spotyka.

Co ciekawsze, w środowych nowościach, pokazano schemat odwrotny. Prowadząca wiadomości była mocno zakoczona podobieństem jednego z protestujących, który podżegał do wjazdu spychaczem na stojący Bierkut, do jednego z zastępców dowódcy tego oddziału. Pokazywali zdjęcia i dodam, że prowadząca miała prawo być zdumiona.

O ile się nie mylę, demontracje przewidziane w ten weekend, powtórzą się i bedę sporych rozmiarów. Spora częśc osób to jednak niedzielni protestujący, którzy normalnie chodzą do pracy. Weekendami, takich osób może być jednak sporo ponad 500 tysięcy. Sam jestem ciekaw w jaką stronę pójdę te wydarzenia?

Teraz, cofając się trochę w czasie, nakreślę tło ostatnich wydarzeń. Są to tylko moje przypuszczenia, a  że analitykiem politycznym nie jestem i polityką  srednio się interesuję to mogę się mylić.

Mam zresztą nadzieję, że się mylę.

Przypuszczam, że Janukowicz i jego świta od samego początku wiedzieli że podpisania umowy w Wilnie nie będzie. Prowadzili rozmowy, wznosili dumne hasła o europejskim wyborze kraju, niemniej to wszystko było kamuflażem. Śmiem również twierdzić, że te wszystkie letnie i jesienne skandale z uszczelnieniem granicy przez Rosję, zakaz wwożenia produktów Roshen, ukraińskich serów, również były wspólnie  zaplanowane.  Przecież takimi działaniami Rosja, w świadomości statystycznego Ukraińca (nie z zachodniej Ukrainy  ), strzelała sobie w kolano, zaprzeczając  jednocześnie tezom  o „odwiecznej przyjaźni, historii” i perspektywicznym rynku UC.  Logicznie rzecz biorą,  jak kogoś chce się gdzieś zaprosić, to daje mu się marchewkę, a nie bije kijem.  Stąd, choć mogę się mylić, uważam, że takie „oczernienie wizerunku Rosji” było potrzebne dla czegoś innego.  Jedni powiedzą, że marchewka była –  tańszy gaz, oraz że  tak właśnie postępuje Rosja - liczy się dla niej siła i taki szantaż jest tylko potwierdzeniem .

To prawda, była marchewka,  był też szantaż, ale wspólnie zaplanowany z ekipą rządzącą na Ukrainie. Dzięki temu szantażowi Rosji, Janukowicz chciał podbić  stawkę w trakcie rozmów z UE. Używając karty z Rosją jako straszaka, chciał sprawdzić na jakie ustępstwa zgodzą się politycy unijni i co Ukraina może od Unii uzyskać.

Już wie, że sprawa Julii Tymoszenko, nie jest już tak  kluczowa, jak była na początku.

Poza tym podejrzanie wyglądała sprawa, gdy po wielu  zapewnieniach Janukowicza o wyborze UE, na dwa tygodnie przed zjazdem pada kwota 160 mld Euro. Rzekomo, taka kwota jest potrzebna na dostosowanie godpodarki ukraińskiej do Unijnych standardów. To jak? Wcześniej o tym nikt nie wiedział?

Do tego etapu, nie ulegając emocjom, można stwierdzić że Janukowicz działał racjonalnie. Dwulicowo, czyli tak jak każdy polityk, niemniej chciał ugrać jak najwięcej. Czy dla siebie, czy dla kraju – zostawiam bez odpowiedzi.

Wg mnie, kolejnym powodem używania „Rosji – straszaka” było spowodowanie, by do wspólnych rozmów UE z Ukrainą, zasiadła również w przyszłości Rosja. Stąd propozycja Janukowicza trójstronnych rozmów Europa – Ukraina - Rosja.  Nic o nas, bez nas.

Oczywiście Barroso, postawił sprawę jasno. Rozmów takich nie będzie. Niemniej już nie raz Unia nie była konsekwentna w swoich zapowiedziach.

Rosja, przynajmniej w planach, kiedyś takie rozmowy z UE będzie chciała poprowadzić sama. Stąd taki poligon doświadczalny na pewno jej się przyda.

A Ukraina za tą malutką przysługę, bez potrzeby jednoznacznego określania się na Unię Celną, otrzyma pomoc finasową od Rosji. Trzeba bowiem dodać, że budżet Ukrainy jest w fatalnym stanie i te kilka mld usd trzeba gdzieś pożyczyć.

Stąd też obecna wizyta Janukowicza w Chinach. Ponoć zostały podpisane spore umowy i niebawem można się spodziewać potężnych chińskich inwestycji.

Czy w sytuacji obecnych protestów, uda się Janukowiczowi i rządowi ukraińskiemu nadal lawirować jak niezdecydowana panna pomiędzy kilkoma absztyfikantami? Cięzko to określić.  Niech łamią sobie nad tym głowę profesjonalni analitycy i politycy.

Wiem, że nie będzie to poprawne polityczne (uwielbiam ten zwrot  Niemniej trzeba to otwarcie napisać. Pierwsze momenty po  określeniu się na UE i podpisaniu stosownych umów będą pozytywną terapią dla wielu osób. Takim pozytywnym bodźcem, nawet pomimo częstych głosów eurospceptyków. Z punktu widzenia gospodarki może być już jednak różnie. Wprowadzenie trudnych i niepopularnych reform, których będzie wymagać UE i MWF , dla Ukrainy mogą być dużo cięższe niż Ukraińcy myślą. Nie wspominając już o częściowej stracie rynku rosyjskiego. Tym razem bowiem, nie będzie bowiem żadnego porozumienia.

Trzeba też dodać, że po początkowej euforii, gdy politycy zabiorą się  już za trudne i niepopularne zmiany, urzędująca władza straci spore poparcie. Sporo również stracą zwykli ludzie, którzy oczekiwali, że dobra UE da im wszystko i że od razu będę żyli jak w Europie. Rozczarownie może być większe niż dzisiejszy entuzjazm.

Jak żyjemy w Polsce po prawie 10 latach od wejścia do UE niech każdy odpowie sobie sam. Z wieloma rzeczami jest lepiej, ale nie wszędzie jest tak różowo.  Poza tym mówimy tylko o kwesti podpisania umowy stowarzyszeniowej. Samo wstąpienie Ukrainy do UE nie nastąpi wcześniej niż za 20 lat.

Co jednak zrobi władza na Ukrainie? Mozliwe, że w najbliższym czasie poleci głowa ministra spraw wewnętrznych. Możliwe że kogoś jeszcze. Możliwe, iż po wygaśnięciu siły euromajdanu, zostanie wypuszczona Julia Tymoszenko, by zdestabilizować opozycję i udobruchać UE?

Można gdybać.

Wg mojej skromnej wiedzy,  polityka z orientowaniem się na wielu partnerów, bycia czymś pośrednim między UE a UC, czy też Turcją lub bliskim Wschodem, jest obecnie wariantem lepszym dla Ukrainy. W międzyczasie niech sama Ukraina i co najważniejsze, sami ludzie dojrzewają do kolejnych reform gospodarczych na kształt zachodni. Zaczynać trzeba od podstaw, ochrony inwestycji zagranicznych, wprowadzenia niezawisłego sądownictwa, zlikwidowania korupcji, urynkowienia wielu gałęzi przemysłu, ulepszenia reformy podatkowej i wielu ustaw,  które swoją treścią będą gwarantować jednoznaczną interpretację.

Ewolucja? Jak najbardziej. Rewolucje bowiem niczego dobrego nie przynoszą.

 

Kijów i nie tylko I Wiza I Praca I Mieszkania I Transport I Kolej I Ceny I Odessa I Symferopol I Donieck
Polityka i gospodarka I Nowa Europa Wschodnia  I  Ośrodek Studiów WschodnichWPHiI I Kolegium Europy Wschodniej

Turystyka i porady I Blog o Ukrainie  I  PoradyABC Ukrainy

Popularna prasa I Rzeczpospolita  I  KyivPostKommiersantKorespondent I Zahid

 Inne I  Galeria kolegi I Portal Marketera I