23 kwiecień 2015 - Wyprawa do Gruzji

Od dawna marzyłem od tym, żeby zobaczyć Gruzję.

Raz już nawet byłem bardzo bliski tego, niemniej wojna w Osetii Południowej pokrzyżowała wszystko i ostatecznie odwiedziłem wtedy Azerbejdżan.

W tym roku jednak postanowiłem, że na planach się nie skończy. Poza tym zmotywował mnie Dima - brat Liudy, który również planował zrobić coś ze swoim urlopem.

Tak więc obaj postanowiliśmy, że należy  jak najszybciej kupować bilety do Gruzji.

Początkowo planowaliśmy rozpocząć swoją podróż z Kutaisi liniami wizzair. W dzień zakupu biletów okazało się jednak, że linie wizzair mocno ograniczają swoje rejsy i do Gruzji w planowanym terminie rejsów już nie będzie.

Skorzystaliśmy więc z linii ukraińskich MAU i kupiliśmy bilety z Kijowa do Tbilisi. Przyznaję się, nie była to super okazja cenowa, niemniej kupowaliśmy bilety kilkanaście dni przed planowanymi urlopami.

Ostatecznie, koszt biletu Kijów-Tbilisi, Tbilisi Kijów wyniósł mnie 5136 UAH co daje ok 900 zł.

Wylot mieliśmy 23 kwietnia (czwartek) o godzinie 19:45, powrót w sobotę 2 maja o 16:35.

Pomimo tego, że podróż miała być raczej spontaniczna, postanowiliśmy znaleźć nocleg na pierwsze dwie noce w Tbilisi. Umówiliśmy się wcześniej, że na wszelakie degustacje, wina, restauracje, jedzenie i różnorakie zabytki oszczędzać nie będziemy. Niemniej co do samego noclegu to nie chcieliśmy przepłacać.

Jechało nas dwóch facetów, którzy nie mieli wielkich potrzeb poza łóżkiem i gorącą wodą. Stąd też wszędzie gdzie byliśmy szukaliśmy low-costowych noclegów, w dobrej lokalizacji.

W Tbilisi padło na hotel Baku. 2 noclegi dla 2 osób za 150 lari , tj około 66 USD. Od osoby za noc wychodzi 16,5 USD

Czyli cena wg mnie daje rade. Warunki nie powalały, niemniej było cicho, mieliśmy gorącą wodę a do dyspozycji gości była kuchnia gdzie można było spokojnie przygotować śniadanie. No i co ważne blisko do centrum

Prócz tego, z racji późnego przylotu 23:30 skorzystaliśmy z dodatkowej usługi, którą polecił właściciel. Tzn taksi z lotniska pod sam hotel za 13 USD. W ciągu dnia nie byłoby takiej potrzeby, niemniej w nocy transport publiczny jest jednak ograniczony.

Tak więc o 00:20 byliśmy już w hotelu.

Pierwsza rzecz to wymiana waluty. Właściciel hotelu podwiózł nas do Rustaveli Ave 44, gdzie działa całodobowy kantor wymiany walut, zaś niedaleko (Rustaveli Ave 37) jest słynna jadłodajnia Khinklis Sakhli

Nie jest to żadna ekskluzywna restauracja, niemniej mają tam naprawdę dobre khinkali oraz demokratyczne ceny. Minus to dym papierosowy. Gruzini to straszni palacze!

Jako że Dima jest profesjonalnym kucharzem, staraliśmy się próbować khinkali wszędzie gdzie tylko się dało. Szukaliśmy wzorcowego khinkali w każdym miejscu gdzie byliśmy.

Poza tym, byliśmy najzwyczajniej w świecie głodni. Tak więc ok 1 w nocy wymieniliśmy 200 USD i zamówiliśmy pierwsze khinkali (różne rodzaje), kilka przystawek plus piwo i tarchun (lemoniada z estragonu)

 

Atmosfera miejsca jest średnia, niemniej jedzenie jest super. Rewelację zrobiła jednak sałatka z ogórków i pomidorów z orzechami. Odtąd taką kombinację (khinkali + sałatka) próbowaliśmy prawie w każdej restauracji.

Zresztą, jak wytłumaczył mi Dima, Gruzini w ogromnej części swoich potraw używają właśnie orzechów włockich i specyficznych ziół.

Najedzeni, ok drugiej zapłaciliśmy za wszystko ok 40 lari i udaliśmy się w drogę powrotną do hotelu.

Piątek

Zwiedzenie zaczynamy na poważnie.

Pierwszą rzecz jaką należy jednak zrobić to syte śniadanie. Czas więc na chaczapuri - gruziński placek zapiekany z serem, fasolą lub serem i jajkiem (moje ulubione chaczapuri po adżarsku)

Nie wyobrażam sobie pobytu w Gruzji, ba, nawet gruzińskiej restauracji bez spróbowania tego dania.

Bez khninkali zresztą też!

Wystarczyło tylko skręcić w boczną uliczkę i od razu znaleźliśmy maleńką piekarnię, gdzie można kupić świeżutkie placki i lawasze.

Śniadanie spożyliśmy na świeżym powietrzu niedaleko Mcdonaldsa.

Zwiedzanie zaś zaczęliśmy od metra Rustaveli idąc wzdłuż ulicy o tej samej nazwie. Szota Rustaveli to bodajże najsłynniejszy poeta gruziński z XII stulecia. W każdym mieście najbardziej reprezentatywne ulice noszą jego imię.

Tuż niedaleko metra, za Gruzińską Akademią Nauk jest ciekawy przykład architektury gruzińskiej - niebieski dom z ozdobnymi balkonami. Na jednej ze stron wyczytałem, że budynek ten był podarunkiem Stalina dla jednego z lekarzy.

Budynek naprawdę ciekawy i warto go zobaczyć.

Po wyjściu na aleję udaliśmy się do najbliższego salonu Geocell - gruzińskiej sieci komórkowej. Po okazaniu paszportu, za 7 lari kupiłem kartę SIM 2 GB do Tabletu. Polecam takie rozwiązanie. Internet 3G jest szeroko dostępny w Gruzji.

Idąc wzdłuż Alei Rustaveli, mijaliśmy wiele ciekawych budynków i przykładów interesującej architektury. Warto więc rozglądać się na boki: Budynek Opery i Teatru, Państwowy teatr im Rustavelego, Park 9 kwietnia i Stary parlement, muzeum narodowe. Aż doszliśmy do Placu Wolności

Powyżej widok na samą aleję, a poniżej widok na Plac wolności

Następnie pochodziliśmy trochę po starej i zaniedbanej części odbijając od głównej ulicy  Baratashvili i włócząc się po okolicznych uliczkach. Przyznam się, trochę przygnębiające wrażenie robią te rejony. Tym bardziej, że niedaleko stoją nowoczesne budynki i pięciogwiazdkowe hotele.

Jest tam naprawdę sporo ciekawych miejsc. Jak widać wyżej, ten kościół ma już jednak najlepsze lata za sobą

Szkoda, gdyż  trzeba przyznać od razu, że w Gruzji jest sporo takich zaniedbanych zabytków.

Następnie przeszliśmy do słynnego mostu Pokoju. Wg lokalnych nazywany mostem podpaską - nawiązując w ten sposób do jego kontrowersyjnego kształtu.

Po drugiej strony rzeki Kura, znajduje się budynek prezydencki (widoczny w tle) i fragment Katedry Tbilisi Sameba (Trójcy świętej) -największej budowli sakralnej w Gruzji.

Katedra jest nowa i została oddana do użytku w 2002 roku, zabierając palmę pierwszeństwa najwyższej budowli w Gruzji - Katerze w Alaverdi. Należy dodać, że ta ostatnia katedra, przez prawie tysiąc lat była najwyższą budowlą w Gruzji!

Na lewym brzegu Kury spędziliśmy trochę czasu,  zwiedzając rejony Metekhi i okoliczne knajpki.

Z lewego brzegu doskonale były widoczne ruiny twierdzy Narikali oraz pomnik Kartlis Deda - Matka Gruzinów. 20 metrowa, zrobiona z aluminium statua, która stała się sumbolem Tbilisi, przedstawia kobietę (Deda-matka) która trzyma w ręce puchar wina dla przyjaciół. W drugiej ręce dzierży zaś miecz - przeznaczony dla jej wrogów.

Można skorzystać w kolejki liniowej by dostać się na szczy po drugiej stronie. My jednak wybraliśmy tradycyjne nogi dzięki czemu zobaczyliśmy słynne łaźnie siarkowe i wodospad.

Następnie udaliśmy się do ruin twierdzy Narikali

Z tej części rozciąga się najlepszy widok na miasto

Następnie chcieliśmy dostać się do ogrodu botanicznego, ale wybraliśmy złą drogę i trafiliśmy do bram rezydencji miliardera Bidziny Iwaniszwili. Górującego nad miastem budynku ze szkła i metalu w stylu budynku terminala lotniczego.

Zawiedzeni zeszliśmy ze wzgórza do miasta i szukaliśmy ponad godzinę gruzinskiej restauracji by w niej spróbować kolejną porcję dań.

Po długich poszukiwaniach trafiliśmy do Qartuli Saxli na ulicy G. Akhviediani 23.  Wystrój podobny dla sal ślubnych, niemniej jedzenie przepyszne. Do tego wino Kindzmarauli Marani i uczta zakończona mega pozytywnie

Wróciliśmy do hotelu, odpoczęliśmy i o 21 poszliśmy popróbować khinkali po raz 3 tego dnia.    Niestety Dima przeliczył swoje możliwości i bardzo przyjacielski restaurator musiał nas zopatrzyć w pojemniki by zabrać to co zamówiliśmy. Nie było z tym żadnego problemu - więc nie wstydzcie się prosić o plastikowe pojemniki gdy nie daliście rady wszystkiego zjeść. 

A zdarzyć to się może każdymu, gdyż tamtejsze jedzenie jest przepyszne a posiłki bywają spore.

Wróciliśmy do hotelu ikhinkali zapakowaliśmy do lodówki. Podsmażane khinkali na śniadanie to jest to :)

Sobota

Z rana spałaszowaliśmy wspomniane śniadanie i udaliśmy się rozklekotaną taksówką na dworzec Didube, gdzie stacjonują marszrutki jeżdżące po całej Gruzji. Jest tam też sporo nagabujących taksówkarzy i prywatnych kierowców. Język rosyjski zdecydowanie bardziej popularniejszy niż angielski.

Szukaliśmy marszrutki do Kazbegi (Stepancminda). Cena biletu to 10 lari, niemniej jednemu z kierowców jeepa udało się nas namówić na drogę za 15 lari od osoby z oddzielnymi przystankami w Ananuri, Pasanauri i Gudauri.

Jedyny minus to że musieliśmy czekać, aż nazbiera 6 osób. 

Niemniej to rozwiązanie ma swoje zalety - warto, jadąc na północ, skorzystać z lokalnego kierowcy który obwiezie was po najpopularniejszych miejscach. Dając czas na fotografie, odpoczynek.  O ile zaś droga powrotna będzie ta sama, warto wtedy skorzystać z marszrutek.

Poniżej kilka fotek z Ananuri i Gudauri.

W tamtejszym kościele trafiliśmy na tradycyjny ślub gruziński. Jedną z ciekawszych rzeczy, było chodzenie z baranem wokół kościoła, który był przeznaczony później na weselną ucztę.

Jak widać na wcześniejszych zdjęciach pogoda jest wiosenna, drzewa zaczynają się zielenić. Stopniowo krajobraz się jednak zmienia gdy docieramy do coraz wyższych partii gór.  W najwyższym miejscu droga wojenna wije się na wysokości ponad 2200 m n.p.m.

Nie powiem, żeby ostudzało to wyścigowe zapały tamtejszych kierowców. Tam panuje bowiem jedna zasada. Kto pierwszy ten lepszy...

Aż docieramy do słynnego punktu widokowego niedaleko Gudauri

Poniżej, widać jak wygląda punkt widokowy zrobiony zdjęciem panoramiczny. Które niestety nie oddaje wiele

 W Kazbegi byliśmy około 15, wcześniej, na booking.com wynajeliśmy pokój u  Gruzinki Piqrii. Pod względem wygody szału nie było, niemniej gospodyni była mega pozytywna i pomocna. Jeżeli ktoś lubi przebywać wśród lokalnych, pozytywnych mieszkańców, nie bacząc na warunki, polecam.

Dopiero tam sporo dowiedzieliśmy się jak żyje się w Gruzji, jakie jedzenie spożywają. Mieliśmy również mastercalss z robienia khinkali. Prócz tego spróbowaliśmy oryginalnego, domowego jedzenia-jak zwykle pychota

Dla przykłahu chaczapuri z młodą pokrzywą i serem suluguni

Poniżej zaś zdjęcia gdzie Dima robi khinkali oraz  widok, który mieliśmy z okien.

Tego dnia zwiedziliśmy tylko sam Kazbegi - nie robi wielkiego wrażenia. Pochodziliśmy po okolicznych szlakach i kosztowaliśmy jedzenia.

Moja rada. Ceny są tutaj wyższe i wybór w sklepach jest niewielki, stąd dla podrózujących w wariancie budżetowym warto zaopatrzyć się we wszelakie snikersy, czekolady (na góry) jeszcze wTbilisi.

My zrobiliśmy sobie lazy Saturday i kosztowaliśmy lokalne piwa i sery wędzone.

Niedziela

Z samego rana, tuż po obfitym śniadaniu ruszyliśmy do celu naszego przyjazdu  - klasztoru Cminda Sameba położonego na wysokości 2170 m n.p.m. Jest to jeden z symboli Gruzji, na jego tle majestatycznie góruje szczyt Kazbek

Na poniższym zdjęciu widać jaka droga nas czekała - jest to ponoć ok 6,5 km pod górkę. Nie jest to jednak nic trudnego, normalnie zajmuje to ok 2 h. Mając zaś lepszą kondycję i korzystając ze skrótów (przecinając drogi i las)  dojdziemy do klasztoru w 1 h

Poniżej kilka zdjęc, które robiliśmy z drogi. Na pierwszym widać jak zostawiliśmy w dole miasteczko z którego wyruszyliśmy

Im wyżej, tym śniegu było coraz więcej (był 26 kwiecień)

Gdy dotarliśmy na niejsce przed nami pojawiły się  widoki, których piękna zdjęciami nie oddam. Trzeba to samemu zobaczyć

Za nami zaś górował Kazbek

Gdy dotarliśmy do klasztoru odpoczęliśmy chwilkę, porobiliśmy zdjęcia. W samym klasztorze postawiliśmy świece i kontemplowaliśmy atmosferę miejsca. Polecam

Sam klasztor został zbudowany w XIV wieku i stanowi typowy przykład gruzińskiej architektury sakralnej. Tzn budowla na planie krzyża

Jednak z racji tego, że czasu mieliśmy jeszcze sporo postanowiliśmy wejść wyżej i podążając drogą na Kazbek zapragnęliśmy choć zerknąć na lodowiec Gergeti.

Patrząc od strony klasztoru na Kazbek droga przed nami rysowała się wzdłuż trawiastych a następnie zaśnieżonych grani.

Podejście jest łagodne, nie sprawia większych trudności. Najgorzej było z zimnem - pomimo, że mieliśmy polary i kurtki i czapki, przenikliwy wiatr dawał się we znaki.

Poniżej widok, na klasztor w dole

Gdy zaczął się śnieg zdaliśmy sobie sprawę, że przydałyby się okulary słoneczne, które zostawiliśmy w Kijowie. Nie pomyśleliśmy o tym. Prócz tego tamtejszy wiatr i słońce bardzo nas "opaliło"

Ostatecznie doszliśmy tylko do ok 2600 m n.p.m. i musieliśmy zawrócić. Widoki jednak były przednie. Kazbek rysował się w całej okazałości

Zjedliśmy zapasy snikersów, porobiliśmy fotki i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Wybraliśmy wariant krótszy, tzn skorzystaliśmy ze skrótów i tuż za klasztorem ruszyliśmy w dół przecinając las i drogę.

Zmęczeni, brudni dotarliśmy do Kazbegi tuż przed zamknięciem sklepu z winami :) Udało nam się kupić dobre wino i ruszyliśmy na kolację, którą przygotowała Piqrii.

Kąpiel, kolacja, wino i zadowoleni poszliśmy spać. Jutro z samego rana mieliśmy marszrutkę do Tbilisi.

Poniedziałek

 Wstaliśmy rano, kąpiel, śniadanie, pożegnanie z gospodynią i dziećmi i pobiegliśmy na marszrutkę. Za 10 lari kupiliśmy bilet do Tbilisi - Didube. Po ok 2,5 szalonej drogi jednoznacznie stwierdziliśmy, że Gruzini są dobrymi kierowcami. Niemniej często przeginają.

Ok 11 dotarliśmy na dworzec i od razu szukaliśmy marszrutki do Bordżomi - słynnego z sanatorium i wody Borjomi.

Marszrutka wyjeżdżała równo o 12 i ok 14:30 byliśmy już na miejscu. Koszt przejazdu to 6 lari. Podczas jazdy przez booking.com zamówiliśmy nocleg w Hill side Guest House.  Low-costowe, niemniej przyjemne miejsce i przyjemna gospodynii.

Zrzuciliśmy plecaki i od razu popędziliśmy do Parku narodowego Borjomi-Kharagauli. Udaliśmy się do siedziby dyrekcji parku, gdzie młody pracownik udzielił nam wszelakich porad, wystawił bilet nr 112 (bezpłatny) zamówił dla nas taksówkę do Likani (jednego z wejść do parku) i co najważniejsze podarował dokładną mapę wszystkich szlaków i atrakcji w parku.

Podczas rozmowy okazało się, że był kiedyś w Polsce i bardzo podobał mu się nasz TPN i szlaki. Trzeba dodać, że język rosyjski trzeba było odstawić i przejść na angielski. Zreszą wszyscy młodzi proferowali język Szekspira niż język Puszkina.

Za 5 lari dojechaliśmy do Likani, wioski gdzie znajduje się jedno z wejść do parku, oddalonej ok 3 km od Bordżomi. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie stąd opcja z taksówką. Wg zapewnień pracownika parku najoptymalniejszą trasą na 4h było dotarcie żółtym szlakiem do punktu widokowego. Pod poniższym linkiem jest dość dokładna mapa trasy

Jak się okazało wspomniany punkt nie był zbyt dobrze oznaczony  i zamiast dotrzeć do niego doszliśmy aż do miejsca gdzie szlak nr 1 łączy się ze szlakiem nr 6. Wysokość ok 1782 m n.p.m Czyli ok 2 km dalej

Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy za daleko i że punkt widokowy musieliśmy już dawno minąć. A że zbliżała się już godzina 19, trzeba było jak najszybciej wracać. Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie był ten punkt widokowy(tak myślimy) i zrobiliśmy kilka fotek. Było już ciemnawo, więc widoki nie zwalały z nóg.

Poniżej, przykładowe oznaczenie trasy.

Z wioski Likani wyszliśmy ok 21. Mokrzy i brudni, niemniej  zadowoleni.

Ogólnie sam Park wart jest dłuższego pobytu, jest tam sporo szlaków, w tym i takich których przejście zajmuje ponad 3 dni. Szlaki można pokonywać konno, pieszo a nawet rowerowo. Po drodze jest kilka prymitywnych schronisk gdzie turyści mogą przenocować w przypadku nagłego pogorszenia pogody. Warto jednak wszystko dokładnie wcześniej sprawdzić, uprzedzić dyrekcję parku i zaopatrzyć się w dokładną mapę.

Niestety my na park mogliśmy poświęcić tylko poniedziałkowe popołudnie. We wtorek rano planowaliśmy bowiem wizytę w Achalciche i zwiedzanie tamtejszej słynnej twierdzy oraz wizytę w Wardzi - skalne miasto-klasztor usytuowane na zboczu góry Eruszeli.

Jak zawsze jednak, przed pójciem spać zaliczyliśmy jeszcze restaurację w Borjomi i troszeczkę piwa :)

Koszty dobrej biesiady z piwami to 40 lari na dwóch

Wtorek

Wycieczkę organizował NIck, syn właścicielki naszej noclegowni. Za kierowcę służył zaś jego kolega. Sama wycieszka kosztowała nas 30 lari od osoby. Korzystając z lokalnych marszrutek cała podróż zapewne wyniosłaby nas taniej, tak jednak było dużo wygodniej. Nowy i klimatyzowany bus robił dobre wrażenie. O 9 rano wyruszyliśmy z Bordżomi. Wraz z nami 2 Polki, 2 Ukraińcow i my. Po drodze zaś dołączyło jeszcze 2 Białorusinów.

Zaczeliśmy od Achalciche, które prawie w 40% jest zamieszkiwane przez Ormian, domagających się coraz większych praw. Najsłynniejszym w mieście zabytkiem jest twierdza, niedawno odrestaurowana.

Przyznam się, że odrestaurowali ją pięknie -jak dla mnie, nawet zbyt pięknie przez co zbytnio trąci nowością.  Na pewno jest warta odwiedzin -wstęp kosztuje 7 lari.  Na terytorium twierdzy jest również muzeum, hotel oraz restauracje i winiarnia.

Następny przystanek to Khertvisi - jedna z najstarszych fortyfikacji w tym rejonie. Pierwsza budowla w tym miejscu powstała jeszcze przed naszą erą a obecny kształ pozostałości pochodzi z XIV wieku. Twierdza nie jest odrestaurowana i zapewne nie jest zbyt popularna wśród turystów. Najczęstszymi gośćmi są tam pasące się okoliczne krowy.

Wot i cała Gruzja.

Spory kontrat w porównaniu z twierdzą w Achalciche.

Kolejny punkt wcieczki to Wardzia- imponujący kompleks skalnego miasta, w którym w czasach świetności mogło się schonić ponad 50 tys osób. Jako współzałożycielkę podaje się słynną królową Tamarę.

Niestety trzesięnie ziemi z XIII wieku zniszczyło ponad połowę kompleksu. Warto jednak poświęcić kilka godzin i pozwiedzać klasztory i pieczary. Jest co oglądać, zdecydowanie więcej niż Czufut Kale z Krymu.

Wstęp na terytorium komplesku kosztuje 3 lari

Jak widać poniżej trzeba być ostrożnym przy zwiedzaniu. Nieostrożny krok może grozić nieprzyjemnościami

Po zwiedzaniu wstąpiliśmy do restauracji na parkingu, gdzie Dima zamówił...... Tak, zgadliście -Chinkali.

Ja zamówiłem kurczaka w czosnku i przyznam się szczerze, że pierwszy i na szczęście ostatni raz, byłem niezadowolony z jedzenia w Gruzji.

 Ok 18 byliśmy już z powrotem w Bordżomi. Ostatnie godziny tego dnia postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie sanatorium, spróbowanie tamtejszej wody i zwiedzanie.

Poniżej jedno z ujęć słynnej  wody borjomi. Naturalnej i bezpłatnej.

 Sam park wygląda przyjemnie, jest dość zadbany i na pewno warto go pozwiedzać. Pod koniec kwietnia, ulica która wiedzie do parku, była w ciągłym remoncie. Niemniej już wtedy było widno, że planują z nij zrobić główny deptak dla turystów. Wokół odrestaurowane kamienice, drogie hotele i kwatery prywatne.

Popiliśmy wody ze żródła (lekko śmierdzi siarką), niemniej daje się odczuć tradycyjny smak borjomi. Prócz tego tradycyjna kolacja na mieście i powrót do kwatery. Następnego dnia rano jedziemy do Kaheti.

Środa

 Obudziliśmy się wcześnie, spakowaliśmy i o godzinie 10.00, za 6  lari wyruszyliśmy marszrutką do Tbilisi. Dotarliśmy na znajomy dworzec przy stacji metro Didube i od razu szukaliśmy marszrutek do Telavi. Jak się okazało marszrutki do Telavi stacjonują jednak w zupełnie innym miejscu. (Niemniej tę informację sprawdzcie dokładnie, nie daję 100%)

Stąd skorzystaliśmy z metro i przejechaliśmy się do stacji Isani, gdzie poprosiliśmy o pomoc  policjanta. Usłużny jegomość, słusznej postury wskazał nam drogę, przeprowadził przez ulicę w niedozwolonym miejscu wstrzymując wcześniej ruch :) i w naszym imieniu zaczął się targować z taksówkarzem, który mógłby zabrać nas do Telavi. Cena jednak nie była zbyt dobra i ostatecznie odprowadził nas trochę dalej do pobliskiego postoju marszrutek.

Kolejny raz byłem przyjemnie zdziwiony. Dima zdziwiony był dużo bardziej.

Znaleźliśmy marszrutkę, koszt 12 lari. Prócz nas było jeszcze 2 Niemców, którzy również jechali do Telavi. Wielki szacun, bo rosyjskiego nie znali w ogóle.

Po drodze dosiadło się kilku Gruzinów. Jeden z nich, wyraźnie podchmielony, usłyszawszy obcy język zaczął się ich dopytywać?

- Ukraina?

- Nein, No

- Anglik?

- No, Germany...

- Aaaa, Hitler, Hitler Kaputt.  Ale wam dupy skopaliśmy podczas wojny. (to już było po rosyjsku)

Wot, taka "wesoła konwersacja"

Dojechaliśmy jednak bezproblemowo, podziwiając okoliczną przyrodę. Ta bowiem zaczęła się różnić od tej spotykanej w górach. Było zdecydowanie więcej zieleni, wiosna była już w rozkwicie. Prócz tego na podwórzach domostw często widzieliśmy  palmy, które dorastały do kilku metrów.

Ponoć tamtejsze warunki klimatyczne, pozwalają na to.

Jak zwykle podczas podróży, odpaliliśmy booking.com i zaczęliśmy szukać noclegów. Wybór padł na Tamari Guest House i był to wybór prosto w 10.

Dla gospodyni, która była super gościnna, byliśmy pierwszymi gości z booking com. Stąd, zależało jej na tym, żeby nas dobrze ugościć. I udało się.

Moja rada - czasami dajcie szanse ogłoszeniom, które nie mają jeszcze komentarzy i które są świeżutkie, a właściciele tych kwater dopiero zaczynają w turystycznym biznesie. Możecie otrzymać ekstra pakiet :)

Niemniej po kolei.

Po dojechaniu do Telawi wysiedliśmy na ostatnim przystanku przy dworcu. Sam dworzec znajduje się niedaleko wielkiego bazaru. Nota bene warto ten bazar odwiedzić - wspaniałe przyprawy (Dima kupił prawie pół kiligrama różnych odmian) domowe wina, sery i czacza. 

My zaś, po wyjściu z marszrutki z plecakimi udaliśmy się najpierw w poszukiwaniu lokum. Jak łatwo się domyślić byliśmy celem dla wielu okolicznych taksówkarzy. Wiedzieliśmy jednak, że kwatera jest w promieniu kilometra, stąd grzecznie odmawialiśmy propozycjom podwiezeinia za 10 lari :) .Przejście z plecakiem 1 km to dla nas  pestka.

Lokum znajdowało się na ulicy 9 kwietnia - Dzień pamięci wśród Gruzinów. W 1989 roku, w którym siły nabierały dążenia niepodległościowe i antyradzieckie, doszło do masakry protestującej ludności gruzńskiej. W dniu 9 kwietnia odbyła się demonstracja, która została następnie spacyfikowana przez wojska radzieckie, które dotarły do stolicy Gruzji. Wiele ofiar, które zginęło w tamtym dniu to kobiety.

Przy tej ulicy właśnie było dane na nocować przez kolejne dwie noce. Przemiła właścicielka, pyszne jedzenie i wino domowej roboty (chyba wypiliśmy łącznie z 3 litry!) ogród do dyspozycji gości - czego może chcieć więcej niewybredny turysta?

Prócz tego zapoznała nas z swoim przyjacielem Mamuke, taksówkarzem władającym językiem niemieckim, angielskim, rosyjskim i oczywiście gruzińskim, który przez najbliższe dwa dni woził nas po okolicznych miejscowościach. Poniżej widok z balkonu przy naszej kuchni.

Samo Telavi, to 20 tysięczne miasto, stolica rejonu Kaheti. Jest popularną miejscowością turystyczną i słynie ze swoich fortyfikacji z różnych okresów. Z tego też powodu jest uważane przez historyków za najbardziej średniowieczne miasto w Gruzji. Prócz tego z samego Telavi łatwo się dostać do okolicznych zabytków lub miejscowości, których wokół jest mnóstwo i które naprawdę warto zobaczyć.

I oczywiście last but not least, to właśnie z tego rejonu pochodzą najlepsze szczepy i jedne z najsłynniejszych gruziński win: Kindzmarauli, Saperavi, Alazani, Mukazani i wiele wiele innych.

Przechadzając się po Telavi na jednym z wielu sklepów z winami była mapa rejonu z odzaczonymi najpopularniejszymi szczepami winogron w Kaheti. Pozwoliłem sobie mapę sfotografować i zamieścić poniżej.

 Co tu dużo mówić, dla miłośników i znawców wina wyprawa do Kaheti jest wyprawą obowiązkową. To podróż do źródeł, do miejsca gdzie wino powstało i miejsca skąd wino zawdzięcza ponoć swoją nazwę. Słowo ɣwino w starogruzińskim oznacza wino. I wszyscy Gruzini zgodnie i dumnie przyznają, że to Gruzja właśnie jest kolebką winnictwa.  A jeżeli zaś nie jest kolebką naprawdę, na pewno jest jednym z najważniejszych miejsc na winnej mapie świata.

A dla zwykłych jak my i jeszcze niedoświadczonych amatorów wina, region Kaheti również ma wiele do zaoferowania.

Ponoć najciekawsza oferta jest w pażdzierniku, gdy zaczynają się winne festiwale, konsumpcje młodych win itp rzeczy. Wiele z nich jest organizowanych pod turystów, niemniej ponoć naprawdę warto tam być.

My jednak byliśmy tam pod koniec kwietnia i trzeba było te 2 dni dobrze zagospodarować.

Pierwszego dnia pozwiedzaliśmy Telavi, przy okazji próbująć kupić kliszę do mojego starego aparatu. Niestety bezowocnie. Karta na aparacie Dimy również była prawie pełna i przyszło nam żałować, że nie kupiliśmy ich wcześniej.

Tak więc moja rada - jadąc do Gruzji miejcie na uwadze, że fotografować będziecie niczym japońscy turyści.

Poniżej, jedna z 4 fortyfikacji w Telavi, pomnik Herakliusza II oraz widok na pobliską Dolinę Alazani i góry w tle.

Przyjemne miasteczko, niemniej otwarcie się przyznam, że niewiele zdążyliśmy obejrzeć. Tradycyjnie już bowiem musieliśmy zawitać do niezłej restauracji, gdzie skosztowaliśmy sporo wina, szaszłyki, chaczapuri po adżarsku, khinkali, sałaty, bakłażany. Poszło prawie 50 lari na dwóch. A gdy wróciliśmy do naszej gospodyni, zostaliśmy ugoszczeni jeszcze kolejnym litrem tego trunku.  :) 

A z samego rana, czekała nas wyprawa z Mamuke do Dawit Garedża - klasztoru przy Azerbejdżańskiej granicy i miasteczka Sighnagi - toskańskiego miasteczku w Gruzji.

Czwartek

 Obudziliśmy się o godzinie 7.00. O dziwo, bez żadnych skutków ubocznych "syndromu dnia następnęgo". Szybki prysznic, przygotowanie do podróży i o 8 zeszliśmy na śniadanie, które przygotowała Tamari.

Ser suluguni, świeży lavash,  borówki do sera, jajka, wędliny, tkimali i pyszna kawa. To jest to co tygrysy  lubią z rana, po sporej ilości wina :)

O 9.00 podjechał po nas Mamuke i wyruszyliśmy na południe do Dawit Garedża. Wcześniej umówiliśmy się na określoną kwotę, która była ceną promocyjną. Byliśmy bowiem jego pierwszymi turystami w tym roku. Częściej bowiem organizuje offroadowe trasy po górach. Teraz saś chciał sprawdzić jak wygląda wożenie turystów po okolicznych zabytkach. O kwocie specjalnie nie wspominam, gdyż po dwóch dniach jazdy Mamuke podliczył wszystkie koszty i okazało się, że w tym przypadku promocja oznaczała, że do interesu dołożył. Stąd nie ma sensu o kwocie wspominać, gdyż ta suma jest już nieaktualna.

Na mapce poniżej zaznaczone miejsca, do których zawitaliśmy pierwszego dnia. Należy jednak podkreślić, że jechaliśmy krótszą drogą, przez Sagaredżo i póżniej lokalnymi drogami. Stąd trasa przez Rustawi jest nieprawidłowa. Google maps jednak tego nie rozumie :(

 Dawit Garedża to słynny kompleks monastyrów kościoła prawosławnego położony na granicy gruzińsko-azerskiej. Do tej pory stanowi temat sporu między władzami tych państw.

Sam kompleks został założony w VI wieku przez jednego z syryjskich mnichów którzy przybyli w ten region. Jeden z nich, Dawid osiedlił się w jaskini na górze Garedża i w późniejszym okresie wybudowała maleński klasztor. Póżniej pojawili się uczniowie, mnisi i tak kompleks powoli się rozbudowywał.

Co tu dużo będę pisał. Obejrzyjcie poniższe fotki.  Na samym początku zdjęcia zielonych stepów gruzińskich, które tylko w tym okresie tak wyglądają. Normalnie są to suche stepy z bardzo rzadką roślinnością. To właśnie przez nie wiedzie jedyna droga do samego monastyru.

 

Przyznacie, że niczym jak na tapecie windowsa? ;)

Po przejechaniu przez te pustkowia dotarliśmy do samego klasztoru.

Poniżej zaś zdjęcie naszego przewodnika i kierowcy - Mamuke. Naprawdę fajny i mega pozytywny człowiek.

W tle zaś Azerbejdżan

Weszliśmy na górę Garedża, pozwiedzaliśmy okoliczne jaskinie w których żyli mnisi i po kilku godzinach zabraliśmy się w drogę powrotną z małą przygodą.

Jechaliśmy sobie spokojnie, lekko zdziwieni gdy Mamuke  wyłączał silnik i z każdej górki zjeżdżał na luzie. Pod koniec górki silnik zaś odpalał. 

No nic, pewnie oszczędza, pomyśleliśmy.

Niemniej Mamuke, szybko wyjaśnił o co chodzi.

- Chłopaki, źle przeliczyłem kilometraż, kończy mi się gaz i benzyna. Do najbliższej stacji zaś 30 km.  Wokół zaś praktycznie tylko stepy....

No cóż, modliliśmy się by luźne zjazdy z górek były jak najdłuższe. 10, 15, 19 km - może się uda myślimy.

Na 20 km silnik już jednak nie odpalił. Brak gazu i benzyny

Do stacji zostało już tylko 10 km. Szczęście w nieszczęściu - dotarliśmy bowiem do cywilizacji. Droga asfaltowa, niedaleko zaś domostwa.

Wyszliśmy z auta, Mamuke z bagażnika wyciągnął karnister i mówi, że idzie szukać pomocy.

Nadjeżdża jednak stara łada niva, za kierownicą, na oko, 70 letni dziaduszek. Mamuke wyjaśnia w czym rzecz i już mamy pomóc.

Kierowca mówi, że nie może zostawić pobratymca na drodze, szczególnie z turystami. Bierze nas więc na hol i ciągnie do najbliższej stacji. Łada daje radę, choć czasami gniewnie pyrka. :)

Dojechaliśmy do stacji, zatankowaliśmy. W ramach podziękowania Mamuke chciał wręczyć sympatycznemu staruszkowi 10 lari, ten jednak dumnie pieniędzy nie przyjął. Prawie się na niego obrażając za propozycję.

Ostatecznie życzył nam bezpiecznej drogi. Mamuke zaś powtarzał, jaka szkoda, że takich honorowych ludzi coraz mniej. Wyrażnie był dumny z zachowania swojego rodaka. Kolejny pozytyw

Teraz czas na Sighnagi.

Jest to jedno z najmniejszych miast Gruzji, które słynie z malowniczego położenia na górze i architekturze przypominającą toskańską. To wszystko w połączeniu z tym, że za czasów Sakaszwiliego wydano ogromne pieniądze na odrestaurowanie tego miasta sprawia, że jest ono bardzo popularną destynacją wśród zagranicznych turystów. I nie tylko, bowiem sami Gruzini często tu przyjeżdżają w celu zawarcia związku małżeńskiego. Okolica jest naprawdę malownicza

Do miasta wjeżdża się kilkukilometrową serpentyną, z której roztaczają się wspaniałe widoki. Wielka szkoda, że tego dnia niebo było pochmurne i nie mogliśmy wszystkiego zobaczyć.

Na tej drodze postanowiliśmy  właśnie coś przekąsić. W mijanej wcześniej miejscowości kupiliśmy pół kg świeżego sera suluguni i jeszcze gorący lavash. Mamuke zaś miał placki, które zrobiła jego mama, świeży estragon, pomidory, ogórki i wędlinę. I tak oto, mieliśmy piknik na bagażniku opla

Przekąsiliśmy i pełni zapału popędziliśmy dalej. Musieliśmy się śpieszyć prognoza pogody zapowiadała burzę w tym rejonie.  Po dotarciu pochodziliśmy po uroczym rynku, pozwiedzaliśmy okoliczne zabytki. Szczególnie malowniczo prezentują się stare kamienice i pozostałości twierdzy.

 Niestety po 2 h zwiedzania Mamuke odebrał telefon z wiadomością, że jego mama trafiła do szpitala. Szybko popędziliśmy do samochodu.

W samą porę - burza rozpętała się na serio.

Pomimo tych wieści nie pędził na złamanie karku. Ciągle jednak przez telefon monitorował u rodziny sytuację. Na szczęście okazało się, że wszystko było ok i mama tylko zasłabła. Gdy już dojeżdzaliśmy do tonącego w deszczu Telavi miał już pewność, że wszystko jest z mamą w porządku. Po tym umówiliśmy się na wieczorne spotkanie u Tamari za winem. Za zdrowie jego mamy.

Był to kolejny mega przyjemny wieczór w przyjemnym otoczeniu pozytywnych osób. Dwulitrowa karafka domowego wina, tylko przydawała temu smaku.

Zmęczeni ale i zadowoleni poszliśmy ok 1 w nocy spać.

Piątek

Kolejna wczesna pobudka, spakowanie plecaków i pyszne śniadanie Tamari. O 9 przyjechał po nas Mamuke, który zamierzał pokazać nam kolejne ciekawe miejsca w rejonie Telavi.

Zaczęliśmy od doliny Alazani i słynnych upraw winorośli, które ciągną się tam kilometrami.

Następnie zawitaliśmy do Gremi, dawnej stolicy Kacheti. Najsłynniejsza pozostałość dawnej stolicy to cerkiew świętych Archaniołów z XVI stulecia. Gremi było stolicą tylko przez ok 150 lat. Po zniszczeniach dokonanych przez Persów w XVII wieku, stolicę przeniesiono do Telavi i Gremi już nigdy nie odzyskało swojej dawnej świetności.

Wokół Gremi rozpościerają się niesamowite widoki. Zresztą takie widoki są tam wszędzie.

Poniżej  wnętrze cerkwi z freskami ściennymi, które są niestety w kiepskiej kondycji

Następnie udaliśmy się do Nekresi, zlokalizowanego na samej górze jednego z najstarszych klasztorów w Kacheti. Sam klasztor został niedawno odrestaurowany i naprawdę jest warto odwiedzin.

Dostać się na sam szczyt można pieszo albo skorzystać z marszrutki, która kursuje raz na godzinę góra-dół. Busik czeka na dole niedaleko wejścia na teren dolnego klasztoru

Z racji tego, że  spieszyliśmy się wybraliśmy wariant podwiezienia za 2 lari od osoby. Później, jak wjeżdżaliśmy na górę stwierdziliśmy, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Po wjechaniu na szczyt i wejścu na teren klasztoru, widać piekną panoramę okolicznych wiosek i upraw winorośli.

Nekresi

Sam klasztor został wybudowany w VI wieku i jeszcze do niedawca popadał w ruinę. Jak wspominałem, został jednak niedawno odrestaurowany i cieszy oczy turystów.

Wewnątrz samego klasztoru możemy zobaczyć, jedne z najstarszych w Gruzji kwewri - tzn gliniane kamfory, które były wkopane w ziemię i służyły do fermentacji i produkcji wina. Największe z nich miały pojemność do kilku tysięcy litrów!

Jak widać, mnisi zajmowali się produkcją wina w tym klasztorze kilkaset lat wcześniej niż nasz kraj został ochrzczony!

Naprawdę, warto się tam udać.

Kolejne miejsce, który odwiedziliśmy to katedra Alawerdi - obowiązkowy punkt programu dla kogoś, kto jest w Kacheti.

Jedna z najstarszych  i największych katedr w Gruzji. Najstarsze jej fragmenty pochodzą z VI stulecia, większość z XI. Skala i atmosfera tam panująca naprawdę robi wrażenie.

By dostać się na sam teren placu z kadedrą, należy przejść najpierw otaczające mury obronne

Na ścianach i wewnątrz zachwyca bogactwo mozaik. Niemniej ich stan jest nienajlepszy. Stąd panuje tam zakaz fotografowania.

Obok kadedry toczą się prace remontowe, mnisi zaś zajmują się srzedażą pamiątek. Prócz tego pielęgnują również cenne i stare szczepy winorośli

Alawerdi

Miejsce na pewno warte odwiedzin.

Kolejne miejsce to kompleks klasztorny Ikalto z VI wieku, który sławi się również tym, że na tutejszej akademii uczył się słynny Szota Rustaweli. Sama akademia  została niestety zburzona przez Persów w XVII wieku

Jak widać poniżej tamtejsi mnisi również nie próżnowali  i zajmowali się produkcją wina:)

Ikalto

Przedostatnie miejsce, które udało nam się zobaczyć tego dnia to Dzweli Szuamta - (Stary Szuamta), kompleks 3 kościołów, z których najstarszy pochodzi z V wieku.

Tak naprawdę są to już pozostałości, które zaniedbane stoją pośrodku polany na szczycie. Wokół zaś wypasają się konie.

Zaś ostatnie miejsce to Achali Szuamta- (Nowy Szuamta),żeński klasztor o ponad tysiąc lat młodszy o poprzednika. Podczas ZSRR był tutaj sierociniec-obecnie pełni swą pierwotną funkcję klasztoru

Wyobraźcie sobie, że te wszystkie miejsca są w pomieniu kilkudziesięciu km i większość z nich ma ponad 1000 lat.

Po takiej dawce historii w pośpiechu wracaliśmy do Telavi. Pożegnaliśmy się z Tamari, zabraliśmy spakowane już plecaki i Mamuke odwiózł nas na ostatnią atrakcję tego dnia.

Tzn degustację win u swojego znajomego, który ma kilka ha winorośli i co roku, tradycyjną metodą produkuje ok 5 tys butelek wina. Następnie te wina sprzedaje w swoich sklepach, znajmymlub znajomym jego znajomych :).

Jak łatwo się domyśleć wina były pyszne i nie mogliśmy ich nie kupić.

Po transakcji i spróbowaniu różnych roczników Mamuke odwiózł nas na marszrutkę do Tbilisi.

Przed samym wyjazdem marszrutki nie omieszkaliśmy jednak zajść na wspomniany wcześniej bazar i kupić małe conieco :)

Domowe wina , czaczę i przyprawy. Poniże kilka fotek, kiepskiej jakości z tamtejszego bazaru.

Obładowani zasiedliśmy do marszrutki i pożegnaliśmy gościnny Telavi. W Tbilisi mieliśmy wynajętą kawalerkę na ostatnią noc, za 50 lari. Odpoczęliśmy, zrobiliśmy ostatnie zakupy i przygotowywaliśmy się na sobotni wylot.

Baliśmy się tylko, czy uda nam się przewieźć takie ilośći wina.

Łącznie wieźliśmy bowiem 12 butelek wina +czaczę.

Trochę przesadziliśmy, niemniej tamtejsze wina, szczególnei te z Kacheti, były warte grzechu malutkiego przemytu  :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kijów i nie tylko I Wiza I Praca I Mieszkania I Transport I Kolej I Ceny I Odessa I Symferopol I Donieck
Polityka i gospodarka I Nowa Europa Wschodnia  I  Ośrodek Studiów WschodnichWPHiI I Kolegium Europy Wschodniej

Turystyka i porady I Blog o Ukrainie  I  PoradyABC Ukrainy

Popularna prasa I Rzeczpospolita  I  KyivPostKommiersantKorespondent I Zahid

 Inne I  Galeria kolegi I Portal Marketera I